czwartek, 21 maja 2015

1. Sol et Luna

Otworzyłam zielone oczy. Było ciemno i zimno. Usiadłam...Trawa. Ale jak? Przecież ja nie lunatykuję. Otaczały mnie drzewa. Strzepałam ziemię z krótkich jasnoróżowych spodenek do spania. Poprawiłam białą koszulkę z nadrukiem kotka. Naciągnęłam na siebie bardziej koszulę w jasną kratę, gdy zerwał się chłodny wiatr, rozwiewając długie brąz oczy. Co się tu do cholery dzieje? Jakim cudem się tu znalazła? Przecież byłam w domu, w swoim łóżku, a teraz... Ruszyłam przed siebie w nieznanym mi kierunku. Kawałek dalej znalazłam inną nieprzytomną dziewczynę. Szturchnęłam ją.
- Kim ty jesteś? - zapytała przestraszona blondynka odsuwając się ode mnie.
- Mam na imię Nadia. Wiesz może gdzie jesteśmy? Kim jesteś? - zalałam ją pytaniami. Niebieskooka rozejrzała się dookoła.
- Las- mruknęła bardziej do siebie, niż do mnie - Ale jak?
- Nie wiem. Też się tu obudziłam. Jak się nazywasz?
- Lucy - przedstawiła się. Wyciągnęłam rękę do dziewczyny i pomogłam jej wstać.
- Wiesz, skoro trafiłaś na mnie, może są inni?
- Może - odparłam - Przeszukajmy najbliższą okolicę. Blondynka kiwnęła głową i ruszyłyśmy przed siebie. Po około piętnastu minutach w ciemność znalazłyśmy kolejną osobę. Na wilgotnej trawie leżał chłopak w szarych dresach. Dobrze zbudowany brunet ocknął się,gdy tylko do niego podeszłyśmy.
- O cholera - zaczął - Wiem, że impreza była przednia, ale dwie laski na raz po kacu? - uśmiech nie schodził z jego ust. Skrzywiłam się.
- Jak się nazywasz? - zapytałam.
- Mówią na mnie Los. Możemy zawrócić, chyba, że macie się ochotę zabawić - odparł, cały czas się szczerząc.
-Więc.... Los, mamy dla ciebie złą wiadomość. Impreza się skończyła. Dawno temu. Jesteśmy w nieznanym nikomu miejscu - wyjaśniłam na szybko.
- Co? -zapytał, a mina mu zrzedła - Jaja sobie robicie.
- Myśl, jak chcesz. Ale chodź z nami, musimy jeszcze przeszukać las.
- Dlaczego? - spytał.
- Bo w ten sposób znalazłam ją i ciebie - odpowiedziałam i ruszyliśmy przed siebie. Po piętnastu minutach natrafiliśmy na kolejnego chłopaka. Był to szczupły z lekko zarysowanymi mięśniami chłopak w czarnych bokserkach. Również się ocknął dopiero wtedy, gdy podeszliśmy do niego.
- Gdzie ja jestem? Kim wy jesteście? - zapytał szatyn.
- Ja nazywam się Nadia. A to Los i Lucy. Jesteśmy w lesie i nie wiemy co się dzieje - wyjaśniłam na szybko.
- Jestem Shaine. Co pamiętacie jako ostatnią rzecz? - zapytał szatyn siedząc już na trawie.
- Położyłam się spać, we własnym łóżku, dla jasności - odpowiedziałam jako pierwsza.
- Ja zasnęłam nad książkami w bibliotece.
- Miałem imprezę... - przeciągnął się brunet.
- I chyba zaliczyłeś zgon, co? - przekornie spytał Shaine - Ja co ostatnie pamiętam, to jak oglądałem film. Dość nudny.
- Czyli każde z nas zasnęło. w innych miejscach, z innych powodów - podsumowałam.
- Wiecie, może powinniśmy jeszcze przeszukać tę okolicę, co? Jest nas czwórka. Może ktoś jest jeszcze - zaproponowała Lucy.  Wszyscy się zgodziliśmy z dziewczyną i w milczeniu ruszyliśmy przed siebie. Słońce wzeszło, a las się rozjaśnił. Dopiero teraz można było dostrzec każdy szczegół. Pół godziny później natrafiliśmy na ślady krwi. Chłopcy przekonali mnie i Lucy,by podążyć za tropem. Pięć minut później staliśmy nad ogromną kałużą krwi i poszarpanym ciałem małej, drobnej rudowłosej dziewczynki.
- Spadajmy stąd - jako pierwsza odezwała się Lucy. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Po prostu poszliśmy przed siebie. Gdy po długiej wędrówce udało się nam wyjść z lasu na polanę, w oddali ujrzeliśmy miasto. Ale nie takie, jak twoje. To były ruiny miasta.
- Musimy tam iść - zadeklarował Los.
- Zgupiałeś? Tam nic nie ma. Spójrz tylko, jak to miasto wygląda.
- Ma rację - Shaine poparł Lucy - Wszyscy pewnie są już martwi.
- A może znajdziemy tam odpowiedź, dlaczego się tutaj znaleźliśmy. Dlaczego my? Chodźmy tam.
- Nadia,jeśli nas zabiją... To przysięgam, ty skończysz pierwsza martwa - zagroziła blondynka.
- Żaden problem - uśmiechnęłam się. Po kolejnej niedługiej wędrówce stanęliśmy przed ruinami miasta.
- Sol et Luna - przeczytał Los - Co znaczy?
- Pewnie nazwa tego miasta - odpowiedział szatyn. Nieśmiało weszliśmy głębiej. Nie szliśmy środkiem, a przy obdrapanych, zniszczonych murach budynków. W razie jakiegokolwiek zagrożenia, naszym planem ewakuacyjnym było dostanie się do środka najbliższego budynku.
Na ulicy leżały to większe,to mniejsze kawałki ścian. Kurz cały czas unosił się w powietrzu.
- Jak tu cicho, wręcz można w depresję popaść - odezwała się nagle Lucy.
- Zupełnie nie przypomina miejsca, z którego pochodzę - dodał Los.
- Tu się mylisz, synu - usłyszeliśmy za sobą głęboki głos. Powoli odwróciłam się. Za nami stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Ubrany garnitur i mokasyny. Miał długie do ramion włosy, które był bardzo zadbane. Obok niego stała szczupła, niższa kobieta. Miała rude włosy sięgające jej pupy. Miała na sobie piękną,długą ciemnoczerwoną suknię z cekinami, a na stopach wysokie obcasy.
- Gdzie jest Miriam? - zapytała drżącym głosem. Zamurowało nas.
- To rudowłosa mała dziewczynka? - odezwał się nagle Los.
- Tak - odparła cieniutkim głosem, w którym wyczuwałam strach.
- Przykro nam, nie mogliśmy nic zrobić - odparł brunet.
- Nie! Nie! - krzyczała czerwonowłosa. Mężczyzna, który stał obok objął ją ramieniem.
- Znaliśmy ryzyko - powiedział czule i delikatnie ucałował ją w czoło. Staliśmy osłupiali. Nie wiedzieliśmy o co chodzi. Nic nie miało jakiegokolwiek sensu.
- Chodźcie za nami - poprosił mężczyzna,tonem nieznoszącego sprzeciwu.

*
Hej!
Mam nadzieję, że pierwszy post przypadnie wam do gustu. Dajcie znać ;)
Musicie mi też wybaczyć, ale wyszłam z wprawy w pisaniu.
Pozdrawiam! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz